piątek, 6 listopada 2026
środa, 4 listopada 2026
poniedziałek, 2 listopada 2026
Tak bardzo mi Was brakuje...
Dzień 2 listopada skłania do refleksji jeszcze bardziej niż inne dni w ciągu roku. Tego dnia wspominam nie tylko moich najbliższych, których mam w sercu, ale i tych, z którymi miałam przyjemność współpracować... Tak bardzo mi Was brakuje... Gdyby tak można było spotkać się jeszcze na jednej kolacji, pójść na spacer nad Wisłę, wyjść na kawę na Stare Miasto, a później spacerować Krakowskim Przedmieściem...
We wdzięcznej pamięci mam moją P. Prof. Sławomirę Gruszewską, której dobrą energię wciąż pamiętam. Wspominam P. Prof. Józefa Szaniawskiego, człowieka wielu pasji... Pamiętam także naszych księży - Ks. Kamila, Ks. Jacka, Ks. Andrzeja i Ks. Darka... We wdzięcznej pamięci mam cudowne i jedyne w swoim rodzaju siostry zakonne - s. Benignę i s. Zofię.
Dziękuję Bogu, że postawił na mojej drodze tak wielu wspaniałych ludzi.
Nigdy nie zapomnę dobra, jakie od Was otrzymałam.
Bardzo wierzę w to, że wszyscy spotkamy się w Królestwie Niebieskim...
niedziela, 1 listopada 2026
[WYWIAD] W Chrystusie śmierć nie ma ostatniego słowa
Dzielę się ważnym wywiadem - dla mnie prywatnie też jest to bardzo ważny wywiad... Dziękuję Ks. Mateuszowi Szerszeniowi CSMA za czas na tę potrzebną rozmowę o śmierci i życiu...
Księże Mateuszu, jaka jest najważniejsza różnica
teologiczna między Uroczystością Wszystkich Świętych a Wspomnieniem Wszystkich
Wiernych Zmarłych?
Pierwszego listopada cieszymy się tymi, którzy już osiągnęli
niebo. Zarówno świętymi znanymi z imienia, jak i tymi, których życiorysów nikt
nie napisał. Być może są wśród nich nasi rodzice, dziadkowie, ludzie, z którymi
mieszkaliśmy po sąsiedzku. Drugiego listopada modlimy się za zmarłych, którzy
potrzebują jeszcze oczyszczenia, aby wejść w pełnię wspólnoty z Bogiem.
Pierwszy dzień pokazuje nam cel, drugi przypomina, że możemy pomagać tym,
którzy jeszcze go nie osiągnęli. Oba mówią o tej samej miłości, której śmierć
nie potrafi zerwać.
Kim są „wierni zmarli”?
To zmarli należący przez chrzest do Chrystusa. Słowo
„wierni” nie oznacza tutaj ludzi bezgrzesznych, którzy zawsze postępowali
właściwie. Gdybyśmy modlili się tylko za takich, nasze wypominki byłyby bardzo
krótkie. Modlimy się za ludzi z ich słabościami, uwikłaniami, dobrem, które
uczynili, i dobrem, którego zabrakło. W liturgii Dnia Zadusznego szczególnie
pamiętamy o tych, którzy umarli w przyjaźni z Bogiem, ale potrzebują
oczyszczenia. Powierzamy ich miłosierdziu, ponieważ sami również będziemy go
potrzebowali.
Jak Kościół pamięta o tych zmarłych, o których już nikt
nie pamięta, nie modli się za ich dusze?
Nie ma takiego zmarłego, którego Bóg zapomniał. My gubimy
nazwiska, zaniedbujemy groby, czasem nie potrafimy już powiedzieć, kto jest na
starej rodzinnej fotografii. Bóg zna każdego. Kościół podczas każdej Mszy
Świętej modli się za zmarłych, także tych niewymienionych z imienia. Dlatego
nawet człowiek, którego grób zarósł i którego bliscy dawno odeszli, pozostaje
objęty modlitwą całego Kościoła. To bardzo pocieszające: nasza nadzieja nie
zależy od tego, jak długo ktoś będzie przynosił kwiaty na cmentarz.
Odpusty zupełne mogą uzdrowić relację z kimś, z kim na
przykład nie zdążyliśmy się pojednać, czegoś wyjaśnić?
Trzeba najpierw powiedzieć, czym jest odpust. To darowanie
przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, których wina została już odpuszczona.
Możemy uzyskiwać go dla siebie albo ofiarowywać za zmarłych. Nie jest więc
sposobem na automatyczne rozwiązanie wszystkich niedokończonych spraw. Jednak
modlitwa za człowieka, do którego mamy żal albo którego skrzywdziliśmy, może
stopniowo przemieniać także nasze serce. Zamiast wracać wyłącznie do krzywdy,
zaczynamy pragnąć jego zbawienia. Możemy powiedzieć Bogu: „Żałuję tego, czego
nie naprawiłem. Pomóż mi przebaczyć i przyjąć przebaczenie”. Śmierć zamyka
możliwość ziemskiej rozmowy, ale pozostawia nam możliwość miłości wyrażonej
modlitwą.
Myślenie o śmierci jako o końcu odbiera życiu sens czy
wręcz przeciwnie, dopiero nadaje życiu właściwy sens?
Świadomość, że nasze ziemskie życie się skończy, pomaga
odróżnić rzeczy ważne od tych, które tylko robią dużo hałasu. Przy łóżku
umierającego człowieka mało kogo obchodzi liczba obserwujących w internecie
albo poglądy polityczne. Wracają pytania o miłość, przebaczenie, obecność. Nie
powiedziałbym jednak, że sama śmierć nadaje życiu sens. Sens nadaje mu miłość,
a dla chrześcijanina jej źródłem i ostatecznym spełnieniem jest Bóg. Śmierć
przypomina natomiast, że czasu na kochanie nie mamy bez końca. Dlatego warto
dzisiaj zadzwonić, przeprosić, odwiedzić. „Kiedyś” bywa słowem, za którym
chowamy rzeczy, których później już nie zdążymy zrobić.
„Życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie
kończy”. Te słowa pomagają nam przeżyć ból rozstania, ale też widzieć dalej?
Tak, to słowa prefacji za zmarłych. Wyrażają jednak istotną
obietnicę: w Chrystusie śmierć nie ma ostatniego słowa. Nie oznacza to, że
wierzący człowiek powinien mniej płakać. Jezus płakał przy grobie Łazarza. Boli
nas puste miejsce przy stole, brak głosu, którego już nie usłyszymy przez
telefon, niemożność przytulenia kogoś bliskiego. Wiara nie usuwa tej tęsknoty.
Daje nadzieję, że osoba, którą kochamy, nie została unicestwiona i że możemy
powierzyć ją Bogu. Można płakać i jednocześnie ufać.
Czego nie potrafimy pojąć w kontekście śmierci?
Chyba najbardziej tego, jak ktoś tak bardzo obecny może
nagle stać się niedostępny. Jeszcze przed chwilą rozmawialiśmy, mieliśmy
wspólne plany, a teraz zostaje cisza. Rozum wie, co się wydarzyło, ale serce
długo nie potrafi tego przyjąć. Trudno nam również wyobrazić sobie istnienie
poza światem, który znamy. Wszystko przeżywamy przez ciało, czas, miejsce.
Dlatego wobec śmierci trzeba mieć pokorę. Wiara daje nam prawdziwą nadzieję,
ale nie dostarcza szczegółowej relacji z tego, jak będzie wyglądało nasze spotkanie
z Bogiem. Nie na każde pytanie przy grobie należy natychmiast odpowiadać.
Czasem trzeba po prostu zostać przy człowieku, który płacze.
Czym jest wieczność?
Kiedy słyszymy „wieczność”, łatwo wyobrażamy sobie
nieskończoną liczbę kolejnych lat. Wtedy rzeczywiście można się przestraszyć
albo zapytać, czy nie będzie nudno. Tymczasem wieczne życie z Bogiem jest
pełnią życia i miłości. Nie potrafimy dokładnie opisać sposobu istnienia,
którego jeszcze nie znamy. Mamy jednak pewne przeczucie w chwilach, kiedy
jesteśmy z kimś kochanym i nie chcemy, żeby spotkanie się skończyło. W niebie
nie będzie już lęku, że miłość zostanie przerwana przez śmierć. I pamiętajmy,
że chrześcijańska nadzieja obejmuje zmartwychwstanie ciała. Bóg pragnie ocalić
całego człowieka.
Czasami ktoś powie, że boi się śmierci. To naturalny
ludzki odruch czy lęk przed śmiercią można traktować w kategorii grzechu?
Sam lęk przed śmiercią nie jest grzechem. Kochamy życie,
jesteśmy związani z ludźmi, boimy się cierpienia i tego, czego nie znamy. Nie
trzeba się z tego spowiadać jak z moralnej winy. Wiara nie wymaga od człowieka,
żeby na wiadomość o ciężkiej chorobie zachował niewzruszony spokój. Można drżeć
i modlić się, można bać się i ufać. Zaufanie często zaczyna się właśnie od
szczerego zdania: „Panie Boże, boję się. Proszę, bądź przy mnie”. Człowiekowi
przeżywającemu taki lęk potrzeba obecności i wsparcia, a nie zawstydzania go,
że widocznie za słabo wierzy.
Chrystus wołał z krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie
opuścił?”. Jezus bał się śmierci?
Jezus był prawdziwym człowiekiem, dlatego rzeczywiście
przeżywał trwogę wobec cierpienia i śmierci. Widzimy to szczególnie w Ogrodzie
Oliwnym, kiedy prosi Ojca o oddalenie kielicha. Nie odgrywał męki. Jego ból był
prawdziwy. Wołanie z krzyża jest początkiem Psalmu 22, modlitwy człowieka
udręczonego, która prowadzi ku ufności i uwielbieniu Boga. Nie oznacza zerwania
jedności Syna z Ojcem. Pokazuje natomiast, jak głęboko Chrystus wszedł w
doświadczenie ludzkiego osamotnienia. Dlatego człowiek, który w cierpieniu
pyta: „Boże, gdzie jesteś?”, może odnaleźć w Jezusie kogoś bardzo bliskiego.
Jak radzić sobie w sytuacji, kiedy bliski odchodzi z tego
świata, ale wciąż ma żal do Stwórcy?
Przede wszystkim nie urządzać przy jego łóżku rozprawy w
obronie Pana Boga. Zdanie: „Nie wolno ci tak mówić”, może tylko pogłębić
samotność. Warto zapytać, co boli, czego ten człowiek się boi, jakie
doświadczenie nosi w sobie od lat. Żal do Boga bywa przecież wołaniem kogoś,
kto bardzo potrzebuje Jego bliskości, ale nie rozumie własnego cierpienia.
Można pomóc mu wypowiedzieć ten żal w modlitwie: „Panie Boże, nie rozumiem, mam
pretensje, ale chcę Ci to powiedzieć”. Jeśli jest gotowy, zaproponować rozmowę
z księdzem i sakramenty. Delikatnie, bez nacisku. Trzeba również zadbać o ulgę
w bólu i dobrą opiekę. Czasem właśnie cierpliwa obecność drugiego człowieka
pomaga ponownie zaufać Bogu.
Boże miłosierdzie… Do ostatniej sekundy życia Stwórca
daje każdemu z nas szansę…
Tak. Dopóki człowiek żyje, może odpowiedzieć na łaskę i
zwrócić się ku Bogu. Dobry łotr nie miał już możliwości naprawienia całej
swojej przeszłości, a jednak usłyszał obietnicę raju. To ogromna nadzieja,
zwłaszcza gdy myślimy o bliskich, których życie było pogmatwane. Nie znamy
wszystkiego, co wydarzyło się w ich sercu, dlatego powierzamy ich miłosierdziu.
Nie powinniśmy jednak traktować tej nadziei jako powodu do odkładania
nawrócenia. Miłość Boga nie jest zgodą na krzywdę ani unieważnieniem naszej wolności.
Skoro mogę wrócić dzisiaj, po co przez kolejne lata żyć daleko od Niego?
Dzień 2 listopada może pomóc nam samym w przygotowaniu
się do życia wiecznego?
Może, jeśli pozwolimy, żeby modlitwa za zmarłych postawiła
nam również kilka pytań o własne życie. Z kim powinienem się pojednać? Komu
jestem coś winien? Czy nie odkładam spowiedzi? Czy moi bliscy wiedzą, że ich
kocham? Przygotowanie do wieczności dokonuje się w bardzo konkretnych sprawach:
uczciwości, trosce o drugiego człowieka, przebaczeniu, powracaniu do Boga.
Warto wyjść z cmentarza z jednym postanowieniem i naprawdę je wykonać. Znicz na
grobie jest znakiem pamięci. Telefon do samotnej matki, przeprosiny czy dobra
spowiedź mogą być owocem tej pamięci. O własnej śmierci warto pomyśleć po to,
żeby odpowiedzialniej przeżyć życie. Memento mori.
sobota, 31 października 2026
[WYWIAD] Niewinna zabawa czy śmiertelne zagrożenie?
W soboty na ogół nic nie publikuję, ale wyjątek - ważny, i myślę, że potrzebny temat... Ks. Mateuszowi Szerszeniowi CSMA dziękuję za ten wywiad. Zapraszam do lektury...
Księże Mateuszu, podstawowe pytanie: Halloween to
niewinna zabawa czy śmiertelne zagrożenie?
Nie nazwałbym każdego dziecka zbierającego cukierki
uczestnikiem czegoś śmiertelnie niebezpiecznego. Takie stawianie sprawy
niewiele wyjaśnia, za to skutecznie wywołuje strach. Nie zgadzam się jednak z
przekonaniem, że skoro coś nazwaliśmy zabawą, przestaje mieć znaczenie. Trzeba
zapytać, czym się bawimy i co przez tę zabawę przekazujemy. Mam bardzo poważne
zastrzeżenia do robienia rozrywki ze śmierci, makabry i demonicznych postaci.
Zmarłym należy się szacunek, a dzieciom można zaproponować coś lepszego niż
fascynację krwią i straszeniem. Jako chrześcijanin nie widzę powodu, żeby
świętować Halloween.
To, co się dzieje, co tak łatwo zostało przyswojone przez
naszych nastolatków i młodych ludzi, uważa Ksiądz za chwilową modę?
Obawiam się, że to już coś trwalszego. Halloween ma bardzo
prostą ofertę: przebranie, emocje, spotkanie ze znajomymi. Do tego dochodzą
reklamy, sklepy i media społecznościowe. Młody człowiek nie musi zastanawiać
się nad znaczeniem tego zwyczaju, wystarczy, że chce dołączyć do innych. Nie
zamierzam obwiniać go za potrzebę bycia w grupie. Pytanie kierowałbym raczej do
dorosłych: co sami mu proponujemy? Czy potrafimy opowiedzieć o świętości,
przemijaniu i życiu wiecznym tak, żeby chciał nas słuchać? Samo powtarzanie
zakazów nie zastąpi wychowania ani przekazywania wiary.
Kiedyś w większych miastach można było zobaczyć dzieci
poprzebierane za różne stworki, duchy… A dziś już nawet w małych
miejscowościach i wsiach taki widok nikogo nie dziwi. Z czego wynika to
„cieszenie się”, czy wręcz „świętowanie” śmierci?
Myślę, że często kryje się za tym bezradność wobec śmierci.
Łatwiej założyć maskę kościotrupa, niż porozmawiać o odejściu kogoś bliskiego
albo o własnym przemijaniu. Makabra pozwala obrócić trudny temat w żart i na
chwilę odsunąć pytania. Oczywiście dziecko w przebraniu nie musi tego
wszystkiego przeżywać świadomie. To my, dorośli, wybieramy sposób, w jaki
wprowadzamy je w te sprawy. Wolałbym, żeby poznawało śmierć przez pamięć o
babci, modlitwę i zapalenie znicza, a nie przez zakrwawione stroje. Przy grobie
można przecież mówić również o miłości, wdzięczności i nadziei.
Nie ma miejsca na Halloween w polskiej listopadowej
tradycji?
Moim zdaniem nie ma powodu, żeby je do niej dopisywać. Mamy
tradycję o ogromnej głębi: uroczystość Wszystkich Świętych, modlitwę za
zmarłych, odwiedzanie grobów, rodzinne wspomnienia. To nie jest wyłącznie czas
smutku. Wszystkich Świętych przypomina, że człowiek może dojść do nieba, a
śmierć nie przekreśla miłości. Chciałbym, żebyśmy umieli dostrzec wartość tego,
co otrzymaliśmy. Moje zastrzeżenie do Halloween nie wynika z tego, że zwyczaj
przyszedł z zagranicy. Ważne jest dla mnie to, jaką treść wnosi i czy pomaga
nam przeżyć te dni zgodnie z wiarą.
Gdzie jest granica między niewinnymi przebierankami a
duchowym zagrożeniem?
Halloween jest sposobem na oswajanie dzieci z okultyzmem i
magią. Trzeba patrzeć na treść zabawy i na to, do czego się zaprasza jej
uczestników. Wywoływanie duchów, wróżbiarstwo czy próby kontaktowania się z
rzekomymi mocami to już konkretne praktyki sprzeczne z chrześcijańskim
zaufaniem Bogu. Nazwanie ich żartem nie sprawia, że stają się właściwe.
Istnieje też zwyczajna odpowiedzialność wychowawcza. Nie muszę od razu mówić o
nadzwyczajnym działaniu złego ducha, żeby zapytać, po co dziecku zabawa w mordowanie
albo zachwyt nad okrucieństwem.
To ja w roli adwokata diabła: ale które dziecko myśli o
diable? Dla dzieci to przecież tylko zbieranie cukierków i frajda. To źle, że
jednego wieczora podchodzą po sąsiadach?
Wierzę, że większość dzieci myśli po prostu o cukierkach.
Nie przypisywałbym im intencji, których nie mają. Odwiedzanie sąsiadów,
spotkanie z kolegami czy otrzymanie słodyczy samo w sobie nie jest niczym złym.
Nadal jednak pozostaje pytanie o oprawę, którą nadają temu dorośli. Halloween
to problem dorosłych, a nie dzieci. Dziecko nie musi rozumieć wszystkich
znaczeń, żebyśmy my mieli obowiązek je przemyśleć. Można zorganizować wspólną
zabawę bez upiorów i duchów. Warto też wyjaśnić, że nikt nie ma obowiązku dawać
nam cukierków, a odmowa nie usprawiedliwia żadnego psikusa. Ów psikus to
przecież tak naprawdę zachęta do popełnienia jakiegoś małego zła. Dobrze wiemy,
że z małych rzeczy potrafią wyrastać rzeczy większe.
Co Ksiądz sądzi o dekoracjach na posesjach, przed domami?
Dynie, lampiony, to już coś złego?
Dynia jest warzywem, a lampion może być po prostu jesienną
ozdobą. Nie doszukiwałbym się diabła w każdym przedmiocie stojącym przed domem.
Znaczenie ma jednak całość dekoracji. Czym innym jest kosz z dyniami, a czym
innym upozorowany grób, pajęczyny czy demoniczna postać witająca gości. Mam
prawo zapytać, dlaczego właśnie taki obraz chcemy wystawić przed swoim domem.
Szczególnie gdy oglądają go małe dzieci. Potrzebujemy rozeznania i zdrowego
rozsądku. Czy naprawdę chcielibyśmy, żeby nasz dom przypominał miejsce
zamieszkane prze śmierć i złego ducha?
Czyli potwierdza Ksiądz to, co mówią egzorcyści: z
diabłem nie ma żartów. Wobec tego jak powinni się zachować chrześcijanie, kiedy
31 października do domów zapukają dzieci z hasłem: „cukierek albo psikus”?
Z diabłem nie ma żartów, ale dziecko stojące przed drzwiami
nie jest diabłem. Od tego trzeba zacząć. Nie wolno go upokarzać, straszyć
piekłem ani urządzać mu przesłuchania. Można spokojnie powiedzieć: „My nie
obchodzimy Halloween”, ale mam dla ciebie naklejki ze świętymi, albo „Boże
krówki”. Rodzice powinni wcześniej porozmawiać z własnymi dziećmi i
zaproponować im sensowny sposób spędzenia tego czasu, choćby bal Wszystkich
Świętych. Chrześcijanin może jasno odmówić udziału w Halloween i jednocześnie
pozostać serdeczny. Wierność Chrystusowi powinna być widoczna także w sposobie,
w jaki otwieramy drzwi drugiemu człowiekowi.
