- Braciszek był świadomy zagrożenia – mówi
Marek Tomaszek, brat bliźniak Bł. O Michała. Przyznaje, że prosił brata z
całego serca aby dopóki żyje mama, nie wyjeżdżał na misje. Wie, przez co mama
przeszła. - Prosiłem go, mówiłem: Michał, zdajesz sobie sprawę w jakie miejsce
jedziesz... – wspomina Marek Tomaszek.
- Byłem na pożegnaniu Zbyszka i Jarka w Rychwałdzie. Jarek
poprosił mnie o spowiedź – wspomina O. Ryszard Jarmuż, który pragnął wyjechać
na misje razem z braćmi. Jednak do Pariacoto przyjechał pierwszy raz dwa i pół
roku po śmierci O. Zbigniewa i O. Michała.
Michał dołączył do dwóch franciszkanów w lipcu 1989 roku.
Kilka miesięcy wcześniej do Peru przylecieli o. Jarosław Wysoczański i o.
Zbigniew Strzałkowski. Od początku pracy na misji w Pariacoto franciszkanie
wyróżniali się ogromnym zaangażowaniem w działania charytatywne i
duszpasterskie. Zbudowali m.in. instalację wodną i kanalizacyjną. O. Zbigniew,
chociaż nie ukończył żadnych studiów medycznych – był nazywany przez
tamtejszych ludzi „nasz doktorek”. Chętnie niósł pomoc wszystkim chorym,
dlatego też jest patronem ludzi chorych, cierpiących na ciele i duszy. O.
Michał natomiast, jeszcze w czasie seminarium duchownego był niezwykle
zaangażowany w pracę z dziećmi niepełnosprawnymi. O. Michał Tomaszek jest
patronem dzieci i młodzieży, wypraszającym u Boga dar potomstwa. Obydwaj są
patronami w obronie przed światowym terroryzmem.
Straszy brat O. Zbigniewa Strzałkowskiego przyznaje, że był
zaskoczony decyzją brata o wstąpieniu do zakonu. - Dostałem list od rodziców, w
którym napisali, że Zbyszek idzie do zakonu. Byłem wtedy w Lublinie w wojsku.
Ta wiadomość była dla mnie szokiem. Myślę, że nawet rodzice się tego nie
spodziewali. Tutaj, niedaleko mnie mieszka lekarz, którego czasem spotykam.
Kiedyś mówił mi, że wiedział wcześniej od nas, że Zbyszek planuje wstąpić do
zakonu, ponieważ był u pana doktora po zaświadczenie lekarskie, które było
potrzebne przy wstąpieniu do seminarium – wspomina Bogdan Strzałkowski.
Po wylocie młodych misjonarzy na misje, kontakt z rodziną
mieli cały czas. Zarówno O. Zbigniew jak i O. Michał pisali listy do swoich
bliskich. - Bardzo często Michał wysyłał listy. Bardzo dużo pisał do sióstr, do
mnie, do rodziców. Michał pisał też do znajomych. W Izbie Pamięci, która jest w
rodzinnym domu O. Michała są wszystkie albumy, które są stworzone przez niego
samego. Każde zdjęcie jest podpisane – mówi Marek Tomaszek. – Michał urodził
się w domu, w Łękawicy. Po wielu latach po jego śmierci dom został
przebudowany, a z jednego pomieszczenia zostało zrobione muzeum. Jest tam jego
habit, są listy, przedmioty, których używał – mówi o. Ryszard Jarmuż, kolega
błogosławionych męczenników.
Polscy misjonarze dostawali pogróżki, ale o wyjeździe z
misji nie myśleli. Skrajnie lewicowa peruwiańska organizacja Sendero Luminoso
(Świetlisty Szlak) uznawała ich pracę i posługę za „szkodliwą dla rewolucji”.
Terroryści widzieli, że coraz więcej ludzi gromadzi się przy zakonnikach,
uczestniczy we Mszy św., a to im się nie podobało. Raz nawet w Wielki Czwartek
O. Michał znalazł na ołtarzu kartę, na której było napisane, że: jeśli nie
przestaniecie odprawiać Msze Święte, modlić się, uczyć różańca, jeśli nie
przestaniecie pomagać, współpracować z imperializmem, to zginiecie”.
W dniu 9 sierpnia 1991 roku, po Mszy św., terroryści
uprowadzili zakonników i związanych wywieźli w okolice cmentarza. Po kilku
latach okazało się, że wśród kandydatów do zakonu, którzy wiedzieli jak ojcowie
żyją, z kim się spotykają – był terrorysta... Polscy franciszkanie zginęli od
strzałów w tył głowy, O. Zbigniew dostał też strzał w plecy. Na plecach O.
Zbigniewa terroryści zostawili karton z napisem: „Tak kończą lizusy
imperializmu”.
W tym czasie w Polsce od 10 do 15 sierpnia 1991 roku obywały
się VI Światowe Dni Młodzieży w Częstochowie. I właśnie tego dnia, 10 sierpnia
do Polski przyszła wiadomość o śmierci młodych, polskich misjonarzy – O.
Zbigniewa Strzałkowskiego i O. Michała Tomaszka.
- Nie miałem żadnego przeczucia, że coś się mogło stać. Tego
dnia robiliśmy drewno na zimę – wspomina Bogdan Strzałkowski. - Jak przyjeżdża
trzech franciszkanów w południe, w sobotę, to znaczy, że coś się stało.
Powiedzieli, że prawdopodobnie Zbyszek nie żyje. Prawdopodobnie – chociaż
dobrze wiedzieli, że nie żyje – mówi brat Bł. O. Zbigniewa. Wspomina, że im –
mężczyznom było troszkę „łatwiej” przyjąć tę tragiczną wiadomość, natomiast ich
mamusia przeżywała to, co się wydarzyło do końca życia. - Przyjeżdżali do
naszego domu ojcowie, bracia franciszkanie, mówili do mamusi, że mamy świętego,
na co mamusia odpowiadała: „w porządku, święty, ale Zbyszka nie ma”...
Bogdan Strzałkowski mówi, że dużo czasu musiało minąć, zanim
się pogodził z tym, że najmłodszy brat już nigdy nie przyjedzie do domu. A w
takie dni jak jest wspomnienie braci, bierze książkę, czyta, przypomina sobie
różne wydarzenia... – To było ponad trzydzieści lat temu, wtedy nie było u nas
telefonów. Odkąd Zbyszek wyjechał na misje to się nie słyszeliśmy – wspomina...
Bogdan Strzałkowski mówi, że zaledwie kilka dni przed informacją o zabójstwie
brata, odwiedził ich przełożony O. Zbigniewa i O. Michała. – Przy tym stole
siedzieliśmy, Jarek przyjechał do nas ze swoją mamusią. Najpierw na urlop miał
przyjechać Zbyszek, ale siostra Jarka wychodziła za mąż, więc się
zamienili. Wtedy zapytałem Jarka jak tam jest z tym terroryzmem. Opowiedział,
że już nie raz im grożono... A kilka dni później przychodzi wiadomość, że
Zbyszek i Michał zostali zamordowani przez terrorystów z Sendero Luminoso. To
był szok.
Tego dnia, 10 sierpnia 1991 roku, brat bliźniak O. Michała
również niczego nie przeczuwał. Pracował z rodziną na polu, kosili zboże. Marek
Tomaszek wspomina, że od swojego chrzestnego dowiedział się o tragedii. - Cały
czas nie dowierzałem temu, co usłyszałem. Miałem nadzieję, że nie jest to
prawda. Dwie godziny później przyjechało trzech franciszkanów z Krakowa, którzy
potwierdzili to, że nasi chłopacy nie żyją – mówi. - Pierwsze pytanie mamusi
brzmiało: Czy cierpieli? W odpowiedzi na to, że dostali strzał w tył głowy,
mamusia odpowiedziała: Bogu dzięki, że nie cierpieli.
Pogrzeb zakonników odbył się w dniu 12 sierpnia 1991 roku.
Była to jednocześnie wielka manifestaca wiary i przyjaźni tamtejszych ludzi do
polskich misjonarzy. Indianie, którzy przychodzili do kaplicy, w której
były ciała zamordowanych misjonarzy nie modlili się za nich, tylko do nich...
W uroczystościach pogrzebowych w Pariacoto nie było
najbliższej rodziny braci, ale mieli oni zaproszenie, by spotkać się w tym
czasie w Krakowie z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. – Ojciec Święty powiedział
jedno zdanie, którego nie zapomnę do końca życia, i które powtarzam rodzinom w
trudnych chwilach. Ojciec Święty powiedział jedno krótkie zdanie: Pan Bóg daje
krzyże, ale pomaga je nosić – wspomina Marek Tomaszek.
- Pierwszy raz poleciałem do Pariacoto w 2000 roku, z
mamusią. I jest to najważniejsze wydarzenie w moim życiu, że właśnie udało mi
się zawieźć mamusię na grób syna – podkreśla Marek Tomaszek.
Następnego roku, czyli w dziesiątą rocznicę zabójstwa, do
Pariacoto pojechał Bogdan Strzałkowski. - Poleciałem w dziesiąta rocznicę
śmierci, czyli w 2001 roku. Bałem się jazdy do Pariacoto. Pierwszą noc
spędziliśmy u franciszkanów w Limie. W Pariacoto byliśmy parę dni, ale czym
było bliżej to miałem większy strach – wspomina. – Jak przyjechaliśmy do
Pariacoto, weszliśmy do kościoła, pomodliliśmy się przed ołtarzem, poszliśmy do
ich grobów – było ciężko...
- Pamiętam, że wtedy kiedy byłem w Pariacoto to mieszkańcy
coś świętowali, ale nie pamiętam jakie to było wydarzenie. W każdym razie
strzelali. W Pariacoto dzień zaczyna się przed 7.00. Jeszcze rano, kiedy było
ciemno – słyszę wystrzały. Proszę sobie wyobrazić jak się czułem... Ciężko było
mi to przeżyć – mówi. - Kiedy byłem ostatni raz, przed pandemią, to już rano
poszedłem sam na miejsce zbrodni. Poszedłem sam, chociaż widziałem tych ludzi,
którzy mi się przyglądali. Troszkę miałem obawy czy się nic nie stanie, ale
było spokojnie – wspomina Bogdan Strzałkowski.
Ryszard Jarmuż doskonale pamięta swój pierwszy pobyt w
miejscu, gdzie żyli jego współbracia. - Byłem krótko po ich śmierci. Kucharka
poukładała ich rzeczy, tak jakby za chwilkę mieli wrócić do pokoju...
Beatyfikacja O. Zbigniewa Strzałkowskiego i O. Michała
Tomaszka oraz Ks. Dordiego, zamordowanego również przez terrorystów z Sendero
Luminoso, kilka dni później – 25 sierpnia 1991, odbyła się w dniu 5 grudnia
2015 roku w Chimbote.
Podczas ostatniej Mszy Świętej, którą odprawili wspólnie,
był czytany fragment Ewangelii wg św. Marka (8, 34-9, 1): „Jeśli ktoś chce
pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech
Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe
życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je”.

