niedziela, 1 listopada 2026

[WYWIAD] W Chrystusie śmierć nie ma ostatniego słowa

Dzielę się ważnym wywiadem - dla mnie prywatnie też jest to bardzo ważny wywiad... Dziękuję Ks. Mateuszowi Szerszeniowi CSMA za czas na tę potrzebną rozmowę o śmierci i życiu...


Źródło: pixabay.com/pl/

Księże Mateuszu, jaka jest najważniejsza różnica teologiczna między Uroczystością Wszystkich Świętych a Wspomnieniem Wszystkich Wiernych Zmarłych?

Pierwszego listopada cieszymy się tymi, którzy już osiągnęli niebo. Zarówno świętymi znanymi z imienia, jak i tymi, których życiorysów nikt nie napisał. Być może są wśród nich nasi rodzice, dziadkowie, ludzie, z którymi mieszkaliśmy po sąsiedzku. Drugiego listopada modlimy się za zmarłych, którzy potrzebują jeszcze oczyszczenia, aby wejść w pełnię wspólnoty z Bogiem. Pierwszy dzień pokazuje nam cel, drugi przypomina, że możemy pomagać tym, którzy jeszcze go nie osiągnęli. Oba mówią o tej samej miłości, której śmierć nie potrafi zerwać.

Kim są „wierni zmarli”?

To zmarli należący przez chrzest do Chrystusa. Słowo „wierni” nie oznacza tutaj ludzi bezgrzesznych, którzy zawsze postępowali właściwie. Gdybyśmy modlili się tylko za takich, nasze wypominki byłyby bardzo krótkie. Modlimy się za ludzi z ich słabościami, uwikłaniami, dobrem, które uczynili, i dobrem, którego zabrakło. W liturgii Dnia Zadusznego szczególnie pamiętamy o tych, którzy umarli w przyjaźni z Bogiem, ale potrzebują oczyszczenia. Powierzamy ich miłosierdziu, ponieważ sami również będziemy go potrzebowali.

Jak Kościół pamięta o tych zmarłych, o których już nikt nie pamięta, nie modli się za ich dusze?

Nie ma takiego zmarłego, którego Bóg zapomniał. My gubimy nazwiska, zaniedbujemy groby, czasem nie potrafimy już powiedzieć, kto jest na starej rodzinnej fotografii. Bóg zna każdego. Kościół podczas każdej Mszy Świętej modli się za zmarłych, także tych niewymienionych z imienia. Dlatego nawet człowiek, którego grób zarósł i którego bliscy dawno odeszli, pozostaje objęty modlitwą całego Kościoła. To bardzo pocieszające: nasza nadzieja nie zależy od tego, jak długo ktoś będzie przynosił kwiaty na cmentarz.

Odpusty zupełne mogą uzdrowić relację z kimś, z kim na przykład nie zdążyliśmy się pojednać, czegoś wyjaśnić?

Trzeba najpierw powiedzieć, czym jest odpust. To darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, których wina została już odpuszczona. Możemy uzyskiwać go dla siebie albo ofiarowywać za zmarłych. Nie jest więc sposobem na automatyczne rozwiązanie wszystkich niedokończonych spraw. Jednak modlitwa za człowieka, do którego mamy żal albo którego skrzywdziliśmy, może stopniowo przemieniać także nasze serce. Zamiast wracać wyłącznie do krzywdy, zaczynamy pragnąć jego zbawienia. Możemy powiedzieć Bogu: „Żałuję tego, czego nie naprawiłem. Pomóż mi przebaczyć i przyjąć przebaczenie”. Śmierć zamyka możliwość ziemskiej rozmowy, ale pozostawia nam możliwość miłości wyrażonej modlitwą.

Myślenie o śmierci jako o końcu odbiera życiu sens czy wręcz przeciwnie, dopiero nadaje życiu właściwy sens?

Świadomość, że nasze ziemskie życie się skończy, pomaga odróżnić rzeczy ważne od tych, które tylko robią dużo hałasu. Przy łóżku umierającego człowieka mało kogo obchodzi liczba obserwujących w internecie albo poglądy polityczne. Wracają pytania o miłość, przebaczenie, obecność. Nie powiedziałbym jednak, że sama śmierć nadaje życiu sens. Sens nadaje mu miłość, a dla chrześcijanina jej źródłem i ostatecznym spełnieniem jest Bóg. Śmierć przypomina natomiast, że czasu na kochanie nie mamy bez końca. Dlatego warto dzisiaj zadzwonić, przeprosić, odwiedzić. „Kiedyś” bywa słowem, za którym chowamy rzeczy, których później już nie zdążymy zrobić.

„Życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy”. Te słowa pomagają nam przeżyć ból rozstania, ale też widzieć dalej?

Tak, to słowa prefacji za zmarłych. Wyrażają jednak istotną obietnicę: w Chrystusie śmierć nie ma ostatniego słowa. Nie oznacza to, że wierzący człowiek powinien mniej płakać. Jezus płakał przy grobie Łazarza. Boli nas puste miejsce przy stole, brak głosu, którego już nie usłyszymy przez telefon, niemożność przytulenia kogoś bliskiego. Wiara nie usuwa tej tęsknoty. Daje nadzieję, że osoba, którą kochamy, nie została unicestwiona i że możemy powierzyć ją Bogu. Można płakać i jednocześnie ufać.

Czego nie potrafimy pojąć w kontekście śmierci?

Chyba najbardziej tego, jak ktoś tak bardzo obecny może nagle stać się niedostępny. Jeszcze przed chwilą rozmawialiśmy, mieliśmy wspólne plany, a teraz zostaje cisza. Rozum wie, co się wydarzyło, ale serce długo nie potrafi tego przyjąć. Trudno nam również wyobrazić sobie istnienie poza światem, który znamy. Wszystko przeżywamy przez ciało, czas, miejsce. Dlatego wobec śmierci trzeba mieć pokorę. Wiara daje nam prawdziwą nadzieję, ale nie dostarcza szczegółowej relacji z tego, jak będzie wyglądało nasze spotkanie z Bogiem. Nie na każde pytanie przy grobie należy natychmiast odpowiadać. Czasem trzeba po prostu zostać przy człowieku, który płacze.

Czym jest wieczność?

Kiedy słyszymy „wieczność”, łatwo wyobrażamy sobie nieskończoną liczbę kolejnych lat. Wtedy rzeczywiście można się przestraszyć albo zapytać, czy nie będzie nudno. Tymczasem wieczne życie z Bogiem jest pełnią życia i miłości. Nie potrafimy dokładnie opisać sposobu istnienia, którego jeszcze nie znamy. Mamy jednak pewne przeczucie w chwilach, kiedy jesteśmy z kimś kochanym i nie chcemy, żeby spotkanie się skończyło. W niebie nie będzie już lęku, że miłość zostanie przerwana przez śmierć. I pamiętajmy, że chrześcijańska nadzieja obejmuje zmartwychwstanie ciała. Bóg pragnie ocalić całego człowieka.

Czasami ktoś powie, że boi się śmierci. To naturalny ludzki odruch czy lęk przed śmiercią można traktować w kategorii grzechu?

Sam lęk przed śmiercią nie jest grzechem. Kochamy życie, jesteśmy związani z ludźmi, boimy się cierpienia i tego, czego nie znamy. Nie trzeba się z tego spowiadać jak z moralnej winy. Wiara nie wymaga od człowieka, żeby na wiadomość o ciężkiej chorobie zachował niewzruszony spokój. Można drżeć i modlić się, można bać się i ufać. Zaufanie często zaczyna się właśnie od szczerego zdania: „Panie Boże, boję się. Proszę, bądź przy mnie”. Człowiekowi przeżywającemu taki lęk potrzeba obecności i wsparcia, a nie zawstydzania go, że widocznie za słabo wierzy.

Chrystus wołał z krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”. Jezus bał się śmierci?

Jezus był prawdziwym człowiekiem, dlatego rzeczywiście przeżywał trwogę wobec cierpienia i śmierci. Widzimy to szczególnie w Ogrodzie Oliwnym, kiedy prosi Ojca o oddalenie kielicha. Nie odgrywał męki. Jego ból był prawdziwy. Wołanie z krzyża jest początkiem Psalmu 22, modlitwy człowieka udręczonego, która prowadzi ku ufności i uwielbieniu Boga. Nie oznacza zerwania jedności Syna z Ojcem. Pokazuje natomiast, jak głęboko Chrystus wszedł w doświadczenie ludzkiego osamotnienia. Dlatego człowiek, który w cierpieniu pyta: „Boże, gdzie jesteś?”, może odnaleźć w Jezusie kogoś bardzo bliskiego.

Jak radzić sobie w sytuacji, kiedy bliski odchodzi z tego świata, ale wciąż ma żal do Stwórcy?

Przede wszystkim nie urządzać przy jego łóżku rozprawy w obronie Pana Boga. Zdanie: „Nie wolno ci tak mówić”, może tylko pogłębić samotność. Warto zapytać, co boli, czego ten człowiek się boi, jakie doświadczenie nosi w sobie od lat. Żal do Boga bywa przecież wołaniem kogoś, kto bardzo potrzebuje Jego bliskości, ale nie rozumie własnego cierpienia. Można pomóc mu wypowiedzieć ten żal w modlitwie: „Panie Boże, nie rozumiem, mam pretensje, ale chcę Ci to powiedzieć”. Jeśli jest gotowy, zaproponować rozmowę z księdzem i sakramenty. Delikatnie, bez nacisku. Trzeba również zadbać o ulgę w bólu i dobrą opiekę. Czasem właśnie cierpliwa obecność drugiego człowieka pomaga ponownie zaufać Bogu.

Boże miłosierdzie… Do ostatniej sekundy życia Stwórca daje każdemu z nas szansę…

Tak. Dopóki człowiek żyje, może odpowiedzieć na łaskę i zwrócić się ku Bogu. Dobry łotr nie miał już możliwości naprawienia całej swojej przeszłości, a jednak usłyszał obietnicę raju. To ogromna nadzieja, zwłaszcza gdy myślimy o bliskich, których życie było pogmatwane. Nie znamy wszystkiego, co wydarzyło się w ich sercu, dlatego powierzamy ich miłosierdziu. Nie powinniśmy jednak traktować tej nadziei jako powodu do odkładania nawrócenia. Miłość Boga nie jest zgodą na krzywdę ani unieważnieniem naszej wolności. Skoro mogę wrócić dzisiaj, po co przez kolejne lata żyć daleko od Niego?

Dzień 2 listopada może pomóc nam samym w przygotowaniu się do życia wiecznego?

Może, jeśli pozwolimy, żeby modlitwa za zmarłych postawiła nam również kilka pytań o własne życie. Z kim powinienem się pojednać? Komu jestem coś winien? Czy nie odkładam spowiedzi? Czy moi bliscy wiedzą, że ich kocham? Przygotowanie do wieczności dokonuje się w bardzo konkretnych sprawach: uczciwości, trosce o drugiego człowieka, przebaczeniu, powracaniu do Boga. Warto wyjść z cmentarza z jednym postanowieniem i naprawdę je wykonać. Znicz na grobie jest znakiem pamięci. Telefon do samotnej matki, przeprosiny czy dobra spowiedź mogą być owocem tej pamięci. O własnej śmierci warto pomyśleć po to, żeby odpowiedzialniej przeżyć życie. Memento mori.

 __

Źródło: naszapolska.pl

Copyright © Marta Dybinska , Blogger