W Święto Podwyższenia Krzyża Świętego - w dn. 14 września 1947 roku urodził się jeden z moich ulubionych Błogosławionych - Ks. Jerzy Popiełuszko. Z tej okazji publikuję wywiad, który miałam przyjemność przeprowadzić kilkanaście lat temu - dziękuję Najbliższym Błogosławionego Księdza za życzliwość, dobroć, a przede wszystkim - za zaufanie...
Ta niezwykła rozmowa odbyła się w domu, w którym wychował się ksiądz Jerzy Popiełuszko. Dziś mieszka tam jego młodszy brat Stanisław wraz z dziećmi. Starszy brat Józef jest częstym gościem w domu rodzinnym. Mama księdza, pani Marianna Popiełuszko zmarła w 2013 r. Wywiad został przeprowadzony na kilka miesięcy przed jej śmiercią.
Jakim człowiekiem był ksiądz Jerzy?
Józef Popiełuszko: Pamiętam, że opowiadał, jak w
stanie wojennym, w święta Bożego Narodzenia, jeździł samochodem na bramki,
gdzie stało wojsko, żeby podzielić się opłatkiem z żołnierzami. To byli różni
ludzie. Czasem, jak tylko przyjeżdżał, wyciągali broń. Gdy jednak widzieli
opłatek, to zaczynali płakać. Dziękowali, że o nich pamięta. Brat prosił też,
żeby z parafii wynosić herbatę dla tych z ZOMO, którzy stali przed bramą.
Alfreda Popiełuszko: On nie potępiał ludzi. Był
tylko przeciwny systemowi komunistycznemu.
A czy zapamiętał Pan coś szczególnego z czasu, gdy
ksiądz Jerzy był jeszcze dzieckiem?
Józef Popiełuszko: W tamtych czasach dzieci
chodziły paść krowy. Pamiętam, że budowaliśmy ołtarzyk, a później były takie
zabawy, że niby Mszę św. odprawia [uśmiech]. Mieliśmy sąsiada, który został
księdzem. Brat lubił z nim rozmawiać. Zawsze przed szkołą szedł 5 kilometrów do
kościoła parafialnego w Suchowoli, żeby służyć do Mszy Świętej. Pamiętam też,
jak raz rozbiłem mu głowę. Stał za oborą, a ja pomyślałem, że jeśli rzucę
kamyczkiem, to ucieknie. A on dostał w głowę. Później musieli mnie szukać, bo
ze strachu się ukryłem.
Jaka była wówczas Wasza rodzina? Czy modliliście się
wspólnie?
Józef Popiełuszko: Zawsze w maju było u nas
nabożeństwo majowe, w czerwcu - czerwcowe. W lipcu odmawiana była Litania do
Najświętszej Krwi Pana Jezusa, a w październiku Różaniec. Obowiązkowo w każdą
niedzielę chodziliśmy do kościoła. Nie było ważne, czy był duży mróz i śnieg,
czy też upał. Zawsze musieliśmy być w kościele.
Marianna Popiełuszko: Wspólne modlitwy odmawiane
były w środy, piątki i soboty. Na ścianie wisiał obraz, my klęczeliśmy i razem
się modliliśmy.
Czy ksiądz Jerzy opowiadał coś o swoim pobycie w wojsku?
Był w specjalnej jednostce dla kleryków o zaostrzonym rygorze.
Józef Popiełuszko: Jerzy opowiadał mi, że został
ukarany za nieposłuszeństwo, bo nie chciał zdjąć z palca różańca-obrączki i
medalika z piersi. Za karę musiał trzy godziny stać boso na betonowej posadzce,
w pełnym umundurowaniu i z ciężkim plecakiem, a oficer polityczny mu ubliżał.
To zostało bardzo dobrze pokazane w filmie Popiełuszko - Wolność jest w nas.
Jak wspominają Państwo przyjazdy księdza Jerzego do domu
rodzinnego, gdy już pełnił posługę w Warszawie? Czy przyjeżdżał na dłużej? Czy
był zawsze ubrany w sutannę?
Józef Popiełuszko: Przyjeżdżał zazwyczaj na
krótko. Mama zawsze piekła dla niego chleb, aby mógł go wziąć ze sobą do
Warszawy. Na prywatne wyjazdy nie zakładał sutanny, tylko koloratkę. Dziś
powiedzielibyśmy, że jak przyjeżdżał do domu, to był ubrany "na luzie".
Alfreda Popiełuszko: Pamiętam, jak w trakcie
tych krótkich pobytów mama smażyła mu placki ziemniaczane. A gdy chciał
naprawdę odpocząć, wyjeżdżał gdzieś w góry albo nad morze - najczęściej z
młodzieżą lub pracownikami służby zdrowia. Ale już pod koniec życia zawsze jeździł
w sutannie. Mówił, że jak zobaczą kapłana w sutannie, to będą mieli szacunek. Z
Bydgoszczy, gdzie odprawił ostatnią Mszę Świętą w życiu, też wracał w sutannie…
Wtedy został porwany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, a następnie
bestialsko zamordowany.
Pamiętacie Państwo swoje uczestnictwo w Mszach Świętych
za Ojczyznę odprawianych przez księdza Jerzego?
Józef Popiełuszko: Tak. Przygotowując się do
nich, Jerzy pytał robotników: "Rozumiecie, co ja mówię? Jeśli wy
rozumiecie te kazania, to i uczeni zrozumieją". Funkcjonariusze Służby
Bezpieczeństwa strasznie go pilnowali. Po każdej Mszy Świętej chcieli go porwać.
Dlatego Jerzego zawsze trzeba było przebierać, żeby mógł bezpiecznie wyjść
nierozpoznany - w tym celu na przykład doklejano mu wąsy.
Alfreda Popiełuszko: Kiedyś wyszedł z kościoła
przebrany, z jakąś kobietą pod rękę. Musiał się w ten sposób ratować, bo
czyhali na niego tajniacy. Nam też nakazywał, abyśmy po skończeniu Mszy Świętej
jak najszybciej stamtąd uciekali. Msze Święte za Ojczyznę były niezwykłym
przeżyciem, przyjeżdżali na nie ludzie z całej Polski, od morza po Tatry.
Ksiądz Jerzy z nami rozmawiał tak normalnie, ale gdy głosił kazania, to miał
zupełnie inny ton wypowiedzi.
Czy ksiądz Jerzy czymś się martwił?
Alfreda Popiełuszko: Martwił się o każdego.
Problemy innych to były jego problemy. Wysłuchiwał wszystkich, a nawet płakał z
nimi. U niego nigdy nie było spokoju. Ilekroć do niego zajechaliśmy, mówił:
"Zostawcie mnie, bo chcę być trochę z rodziną. Nie zawsze mnie odwiedzają".
Józef Popiełuszko: On miał dużą rodzinę. Gdy
ktoś został aresztowany, to on musiał pomóc jego bliskim. Martwił się o innych
bardziej niż o siebie. Pamiętam, jak mi mówił, że wrzucili mu cegłę z ładunkiem
wybuchowym do mieszkania. Kilka razy robili na niego zamachy. Opowiadał mi
kiedyś, że gdy wracał z Okopów, to na wiadukcie jakiś samochód tak ściął, że
urwał lusterko w jego aucie.
Czy ksiądz Jerzy mówił coś o śmierci?
Józef Popiełuszko: Wspominał, że go śledzą.
Mówił, że pomalowali mu samochód i poprzebijali koła.
Pamięta Pan swoje ostatnie spotkanie z bratem?
Józef Popiełuszko: Oczywiście, że pamiętam. To
było przed moim wyjazdem do Niemiec, czyli w sierpniu 1984 roku. Pojechaliśmy
do niego do Warszawy, a on nam powiedział: "Ja mogę zginąć, ale Wy
będziecie mieć lepiej". To "Wy" oznaczało Polskę i naród polski.
Co było później, już po zabójstwie?
Marianna Popiełuszko: Przypominało się, jaki był
ksiądz Jerzy. To trzeba było przeżyć…
Józef Popiełuszko: Byłem wtedy w kościele
Świętego Stanisława Kostki, w parafii księdza Jerzego. Na wieść o tym, że
wyłowiono jego ciało, ludzie zaczęli płakać w głos. A kiedy jego zwłoki zostały
już przewiezione do Białegostoku, to razem z rodzicami i rodzeństwem pojechaliśmy
do księdza prymasa, żeby wystąpił z prośbą o zwrócenie ciała księdza Jerzego do
Warszawy. Gdy rano zajechaliśmy po nie do Białegostoku, brama wjazdowa na teren
kostnicy była zamknięta. Pracownicy tłumaczyli, że niby klucze gdzieś zginęły.
Nie chcieli otworzyć, bo pod bramą było bardzo dużo ludzi, którzy przyszli,
żeby oddać hołd księdzu Jerzemu. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Białegostoku, to ludzie
ze zniczami stali na drodze. W parafii księdza Jerzego, w kościele św.
Stanisława Kostki całą noc trwało czuwanie przy trumnie. Ludzie czekali w
bardzo długich kolejkach. Wieczorem przywieźli ciało, a na drugi dzień był
pogrzeb. Wzięły w nim udział setki tysięcy ludzi. Byli dosłownie wszędzie. Na
drzewach, dachach, gdzie się tylko dało…
Alfreda Popiełuszko: W Warszawie ludzie czekali
już na ciało księdza Jerzego. Mówili, że ksiądz Jerzy się nie spóźni. To było 2
listopada. Po śmierci to już dla nas był ksiądz Jerzy, a nie Jurek. Od
listopada 1984 roku, każdego 19 dnia miesiąca, aż do beatyfikacji, mama
zamawiała w parafii w Suchowoli Msze Święte w intencji księdza Jerzego. Teraz,
po beatyfikacji, nadal je zamawia, ale już dziękczynne, za wyniesienie księdza
Jerzego na ołtarze.
Gdzie Pani jako matka męczennika szukała pocieszenia?
Marianna Popiełuszko: A gdzie szukać
pocieszenia, jak nie u Matki? Maryja jest, zawsze była i będzie Pocieszycielką.
Czy marzyła Pani kiedyś o tym, że ksiądz Jerzy będzie
wyniesiony na ołtarze jako błogosławiony?
Marianna Popiełuszko: Najpierw trzeba było się
modlić o to, żeby został księdzem. Po sąsiedzku mieszkał ksiądz. Do naszej
parafii w Suchowoli zaliczały się kiedyś cztery miejscowości, więc było tam
bardzo dużo księży. Marzyłam o tym, aby być matką kapłana. I później, jak to
wszystko się stało, zgodziłam się z wolą Bożą. Maryja też cierpiała pod
krzyżem. On był kapłanem z powołania. Przeżywam wielkie wzruszenie, bo kto we
łzach sieje, w radości żąć będzie. Kiedy przyszła śmierć, to płakałam i siałam
w smutku. Ale teraz, kiedy dożyłam tych chwil, przeżywam wielką radość.
Niedziela 6 czerwca 2010 roku. Beatyfikacja księdza
Jerzego. Jaki to był dla Państwa dzień?
Marianna Popiełuszko: Otrzymałam od Boga łaskę.
Józef Popiełuszko: To była wielka radość. Aż
trudno opisać.
W tym pokoju wisi obraz, który otrzymała Pani od
arcybiskupa Kazimierza Nycza 19 października 2010 roku. Jakie znaczenie ma on
dla Pani?
Marianna Popiełuszko: On jest dla mnie jak relikwia.

