Hałas, ekrany, tysiące powiadomień i nieustanny bieg - codzienność potrafi przytłoczyć układ nerwowy do granic możliwości. Podobnie jak przez cały sierpień, tak i dziś - w Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, na jasnogórskich błoniach meldują się tysiące pątników. Wśród nich są ci, którzy szukają tam czegoś absolutnie bezcennego: ciszy, resetu i powrotu do tego, co w życiu najważniejsze.
Dlaczego idę?
- Idę, by spotkać się z Bogiem, ze sobą i z drugim
człowiekiem. Idę, by wyraźnie usłyszeć, co Bóg do mnie mówi. Chodzę w grupie
wyciszenia, gdzie nie ma gitar, gdzie w czasie wędrówki nie odzywamy się do
siebie. To jest mój czas. Bóg mówi w ciszy. Czasem jestem mocno przebodźcowany,
a na pielgrzymce wracają „ustawienia fabryczne”. Na nowo odzyskuję pokój w
sercu. Idę także ponieważ chcę w czasie pielgrzymkowego trudu oddać sprawy dla
mnie ważne dobremu Bogu. Zwyczajnie lubię tę formę modlitwy - mówi o. Leonard
Bielecki OFM, Minister Prowincjalny Prowincji św. Franciszka z Asyżu Zakonu
Braci Mniejszych - Franciszkanów w Polsce.
To samo pytanie zadaje sobie co roku tysiące pątników,
jednak odpowiedzi bywają bardzo osobiste.
- Na to pytanie pewnie każdy pielgrzym odpowiedziałby trochę
inaczej. Niesiemy ze sobą własną historię, swoje intencje, radości, trudności i
sprawy, które chcemy powierzyć Bogu. Dla mnie pielgrzymka od lat jest przede
wszystkim czasem zatrzymania się, „przeglądu” swojego serducha i spojrzenia na
swoje życie z innej perspektywy - mówi Marceli Łyczko, uczestnik Gliwickiej
Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. - Zazwyczaj idę z konkretnymi intencjami. W
tym roku było jednak trochę inaczej. Tegoroczna pielgrzymka miała dla mnie
charakter pokutny. Była czasem, w którym chciałem nie tylko prosić, ale przede
wszystkim podziękować, przeprosić i oddać Bogu to, co przez ostatni czas było
dla mnie trudne. Kilkadziesiąt kilometrów drogi daje przestrzeń, żeby pewne
rzeczy poukładać, przemodlić i ponazywać - dodaje pielgrzym.
Bo choć cel podróży jest wspólny, to bagaż niesionych
intencji i doświadczeń pozostaje sprawą głęboko indywidualną. Indywidualne
zmagania na szlaku szybko jednak ustępują miejsca sile, jaka drzemie we
wspólnym wędrowaniu. - Chyba najważniejsi na pielgrzymce są dla mnie ludzie.
Idziemy razem - osoby, które często na co dzień bardzo się od siebie różnią.
Mamy inne historie, zawody, charaktery i problemy. A jednak przez te kilka dni
łączy nas coś bardzo prostego: wiara, wspólne wartości i przekonanie, że warto
podjąć trud drogi do Matki Bożej – mówi pielgrzym z Gliwickiej Pieszej
Pielgrzymki. - To jest niezwykłe doświadczenie. Można iść obok kogoś, kogo
wcześniej się nie znało, a po kilku godzinach rozmawiać o rzeczach, o których
czasem trudno powiedzieć nawet bliskim. Są wspólna modlitwa, śpiew, zmęczenie,
żarty, cisza i zwykła ludzka pomoc. Kiedy jednemu zaczyna brakować sił, drugi
po prostu idzie obok i towarzyszy - wyjaśnia Marceli.
Ta wspólnotowa wędrówka ma też swój głęboki fundament
formacyjny, który pozwala pątnikom spojrzeć poza horyzont samej trasy.
- Bardzo mocno wybrzmiało to dla mnie również w tegorocznych
konferencjach przygotowanych przez ks. Daniela Bembenka i ks. Tomasza Wolnika.
Ich temat: „Podróż po nowe serce” był czymś więcej niż tylko hasłem na trzy
dni. Pojawiła się tam myśl o tym, że pielgrzymka nie kończy się w momencie
wejścia na Jasną Górę. Droga ma prowadzić dalej - do naszego codziennego życia,
relacji i decyzji - mówi. - I chyba właśnie to najbardziej daje mi pielgrzymka.
Nie ucieczkę od codzienności, ale możliwość powrotu do niej z odmienionym
sercem. Z większą wdzięcznością, większym pokojem i świadomością, że nie idę
przez życie sam - dodaje.
W tym roku, kiedy przeżywaliśmy 400-lecie gliwickiego
pielgrzymowania, szczególnie mocno czułem, że jesteśmy częścią czegoś
większego. Przed nami szli nasi przodkowie, a po nas pójdą kolejni. My tylko na
chwilę przejmujemy tę drogę i mamy ją przekazać dalej. 400 lat przy sercu Mamy
- i mam nadzieję, że jeszcze wiele kolejnych - podsumowuje gliwicki pątnik.
Gliwice to jednak tylko jeden z wielu punktów na mapie, z
których Polacy wyruszają w stronę Jasnej Góry. Szlak zyskuje zupełnie inne,
niemal poetyckie barwy w opowieściach pątników ze stolicy.
Dla Magdaleny, która z Warszawską Akademicką Pielgrzymką
Metropolitalną pielgrzymowała w tym roku po raz piąty, pielgrzymka ma wiele zmysłowych
odcieni. To doświadczenie, które rejestruje się sercem. - Dla mnie pielgrzymka
ma kolor wschodzącego słońca, które nieśmiało o poranku budzi się do życia. Ma
smak ciepłej zupy, którą ktoś zupełnie obcy chce mnie nakarmić. Kojarzy mi się
z otwartym sercem i wyciągniętą dłonią, która pomaga iść wtedy, gdy sama nie
mam już sił - mówi.
To właśnie w tych drobnych momentach i napotkanej na szlaku
bezinteresowności kryje się sedno rekolekcji w drodze. - Pielgrzymka jest dla
mnie wielką, coroczną lekcją wdzięczności. Uczy, że piękno często rodzi się w
prostocie i uważności. Piękny staje się świat, kiedy nie masz nic, a od Pana
otrzymujesz wszystko. W codziennym pośpiechu łatwo jednak przeoczyć, jak wiele
mamy - zauważa Magdalena. - Dlatego tak bardzo doceniam czas pielgrzymki.
Każdego roku otwiera mi oczy na to, co naprawdę ważne oraz odziera ze złudzeń,
w których żyję na co dzień - podsumowuje pątniczka.
Oprócz osobistego zachwytu nad prostotą drogi, kluczowym
elementem pielgrzymowania okazuje się doświadczenie wspólnoty. - Pielgrzymka
jest dla mnie czasem w roku, który weryfikuje stan mojego serca, pomaga obrać
kierunek na następny rok. Pielgrzymując od wielu lat, wiem, że jest dla mnie
stałym punktem w roku. To właśnie podczas pielgrzymki nawiązałam najlepsze i
najtrwalsze relacje - mówi Magda, która od szesnastu lat bierze udział w WAPM. -
Co roku zawierzam się na nowo Maryi oraz zanoszę nowe intencje swoje i
bliskich. Trud przebytej drogi daje mi siłę do kroczenia w życiu drogą wiary, a
piękno żywego Kościoła przyciąga do powrotu w to samo miejsce za rok - podsumowuje
Magda.
Ten magnetyzm jasnogórskiego szlaku i potrzebę cyklicznego
powrotu do Matki doskonale rozumieją również pielgrzymi z południa Polski.
- Nie wyobrażam sobie, aby nie iść do Matki Bożej Częstochowskiej,
to takie ładowanie akumulatorów na cały rok. Coroczna droga do Matki Bożej to
podziękowanie za łaski otrzymane od Boga przez Jej wstawiennictwo przez cały
rok i prośba o dalsze wsparcie na kolejne dni - mówi Barbara z Katowickiej
Pieszej Pielgrzymki, która w tym roku była dwudziesty drugi raz. - Pomimo upału
czy deszczu - cudowna droga, ze wspaniałymi ludźmi, tworzącymi jedną, wielką
Wspólnotę opartą na wierze i miłości - podkreśla pątniczka.
Ta sama wewnętrzna tęsknota towarzyszy Marii, dla której
tegoroczna piesza pielgrzymka była już piętnastą w życiu.
- Mam taką potrzebę płynącą z serca, dziękując Bogu za dar
życia, rodzinę. Idąc na pielgrzymkę do Matki Boskiej Częstochowskiej czuję się
szczęśliwa będąc w tak dużej rodzinie, jaką są wszyscy pątnicy - mówi pątniczka
Katowickiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę.
Zupełnie inny region Polski, ale dokładnie te same emocje i
poczucie wdzięczności budzą się na trasie wiodącej z Podkarpacia.
Z kolei na Podlasiu to niezwykłe doświadczenie drogi i
wspólnoty staje się szkołą życiowej pokory.
- Do końca nie da się wytłumaczyć tego fenomenu pielgrzymki,
dopóki samemu się nie pójdzie. Jest to ogromne święto wspólnoty Kościoła
w drodze, poczucie jedności, braterstwa, zauważenia drugiego człowieka a
może bardziej zauważenia Chrystusa w drugim człowieku - mówi Piotrek Skowron,
muzyk Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej. - Jest to też walka z samym sobą, ze
swoimi słabościami fizycznymi, trudnościami, ćwiczenie silnej woli poprzez
trudności pielgrzymiego szlaku. Zawsze powtarzam, że pielgrzymka uczy ogromnej pokory,
ale i docenienia tego, co małe, drobne, choćby butelki wody, odpoczynku w
cieniu. Chodzi o dostrzeganie Boga w tak małych i prostych rzeczach.
Pielgrzymka to Kościół w drodze, Kościół poszukujący Boga i ewangelizujący.
Daje mi od lat duchowe naładowanie, duchową moc na pokonywanie trudności w
codziennym życiu później, przez cały rok. Pielgrzymka to budowanie jedności
małżeńskiej i rodzinnej, przyjacielskiej. To na pielgrzymce zbudowałem również
relacje w naszej rodzinie - dodaje muzyczny z Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej.
Wszystkie te historie - od ciszy w milczącym tłumie, przez
zachwyt prostotą, aż po budowanie rodzinnych więzi - sprowadzają się
ostatecznie do jednej decyzji: by wstać z kanapy i ruszyć przed siebie. Bez
względu na to, ile kilometrów ma się do pokonania.
Dlaczego pieszo? - Bo pielgrzymka to też proces. To również
zmęczenie, to zdanie się na Opatrzność Bożą. Różne noclegi, różna pogoda. Z
resztą wyruszenie z miejsca gdzie jestem wymaga też wyjścia ze strefy komfortu.
I oczywiście można samochodem czy pociągiem, ale jak wspomniałem ja lubię tak,
na pieszo, by dać sobie czas - wyjaśnia o. Leonard Bielecki OFM.
___
Źródło: PCh24.pl
(1).jpg)
